czwartek, 30 maja 2013

Rozdział 1.

Wszystko zaczęło się od śmierci moich rodziców. Mieli jechać w jakąś podróż służbową do Japonii. Gdy tylko wyjechali poza granice kraju zginęli. Jakiś pijany kierowca potrącił ich samochód, przez co wpadli pod ciężarówkę. Zgon na miejscu. Banalne! Umierając nawet o mnie nie pomyśleli! Idioci! Teraz jadę w stronę domu dziecka. Swoją drogą okropna nazwa. Tak samo jak sierociniec. O-KRO-P-NO-Ś-Ć! Mój nowy dom jest duży i pełen dzieci takich jak ja, czyli bez rodziny. Dużo osób mówiło mi, że musi mi być ciężko bez mamy, czy taty, ale dlaczego? Pytałam się ich, ale oni odpowiadali mi jedynie zdziwionym i pełnym zmartwienia spojrzeniem. 
-Już niedługo będziemy na miejscu.
-Kairin, ja nie chcę.
Kairin kobieta o krótkich brązowych włosach, małych, inteligentnych, zielonych oczach. Nosiła także stylowe okulary i zawsze była stosownie ubrana. Była dla mnie wzorem kobiety idealnej. Tak naprawdę to ona mnie wychowywała, ale teraz nie może mnie wziąć do siebie. 
-Kochanie, dopóki będziesz w siebie wierzyła, dopóki będziesz miała marzenia wszystko będzie dobrze.- kiwnęłam głową na znak zrozumienia, ale nie byłam tego pewna. Chciałam wierzyć, że wszystko będzie dobrze, lecz...Kairin to jedyna osoba jaką kocham, a ona mnie teraz opuszcza. Najgorsze jest to, że nie potrafię się na nią o to zezłościć.
-Kairin? Czy będę mogła kiedyś być taka jak ty?
-Nie. Będziesz ode mnie o wiele lepsza. Musisz tylko wierzyć.
Samochód się zatrzymał. Dom przed jakim stanęłam ogromny. Miał dwa balkony, na których stały doniczki z kwiatami, okna było duże i czyste, drzwi drewniane, szerokie. Wszystko otaczał piękny ogród, przepełniony różnorodnymi kwiatami. Za budynkiem rozlewało się dużo jezioro. Dostrzegłam tam trójkę dzieci kopiących w coś. Zobaczyłam, że był to mały chłopczyk.  Z rozpędem otworzyłam drzwi samochodu i pobiegłam w tamtą stronę. 
-Rozalia!
-Zaraz wrócę!
Bieg był męczący, ponieważ nie mogłam wyrównać oddechu. Nagle zobaczyłam, że chłopcy, którzy bili kogoś podnieśli go za ramiona i zaczęli nieść w stronę pomostu. Przyśpieszyłam. Wbiegłam na deski mostu, rozepchnęłam ich, ale nie zdążyłam uratować chłopca. Jedyne co mogłam zrobić to złapać go w locie i zapewnić mu bezpieczny upadek do wody. To też zrobiłam. Chłopczyk był przerażony. Wpadliśmy do jeziora. Gdy byliśmy zanurzeni, nogę chłopca oplótł złośliwy wodorost. Nie mógł wydostać się na powierzchnię, zaczął krzyczeć co tylko pogorszyło sprawę. Roślina była silna i nie mogłam przerwać jej gołymi rękoma. Próbowałam zdjąć but topielcowi, ale był za mocno zawiązany. Wtedy usłyszałam głos Kairin znad powierzchni. Rzuciła mi swój nożyk. Pamiątkę po ojcu.  Odpowiedni go trzymając przecięłam zdradziecką roślinę i pomogłam chłopcu zaczerpnąć powietrza.
-Już w porządku...Jesteśmy prawie na brzegu.
Jego małe rączki nacisnęły się na moich plecach, a jego blond główka przysunęła się do mnie. Poczułam dziwne ciepło na sercu. Nie chciałam go nikomu oddać. Bałam się tego. Położyłam go na trawie by łatwiej mu się oddychało. Wtedy podbiegł do nas jakiś chłopak. Wglądał jak ten mały blondynek tylko w starszej wersji. 
-Braciszku...-powiedział zmartwiony, po czym zwrócił się do mnie.-Bardzo ci dziękuję.
-Nie ma za co.- poczułam się wtedy bardzo słabo. Położyłam się obok blondynka, by móc odsapnąć. Wtedy on przysunął się do mnie i złapał za rękę. Pogłaskałam go po głowie. Jego brat patrzył na to z nieukrywanym podziwem i zdumieniem. 
-Coś się stało?
-Nie, nic. Dobrze się czujesz? 
-Tak, nic mi nie jest.- kłamałam w żywe oczy. Czułam się okropnie. Przywieziono mnie w miejsce z którego uciekłabym jak najdalej, byłam mokra, rozdarta, jemu mówię, że nic mi nie jest? Jestem głupia.
-Kochanie nic ci nie jest?
-Nie wszystko dobrze Kairin.- i znowu to samo. To irytujące.
-Zaraz będzie tu właścicielka i pokaże ci twój pokój, Rozlia, w tym samym czasie z nią porozmawiam.
-Proszę pani. Przepraszam, że przeszkadzam, nazywam się Dawid. Jeśli nie ma pani nic przeciwko pokaże Rozalii jej pokój.
-Będziesz wiedział który?
-Oczywiście. W końcu mieszkam tu od 10 lat.
Cholernie długo. Ale dlaczego nikt go jeszcze nie adoptował? Okropne! Kolejne okropne słowo! ADOPCJA! A fe!
-To jak? Idziemy?
-Mhy....
Podniosłam się z ziemi. Zrobił to też mały blondasek, który ciągle trzymał się mojej mokrej sukienki.
-Przepraszam, ale czy możemy jeszcze zajść przy okazji do samochodu, żebym mogła wziąć walizki.
-Dobrze.
Chwilę później
-Cco?? To są twoje walizki?
-Baldzo duzo, siostyczko.
-Wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Zaczęłam układać walizki jedna na drugiej.
-Dobrze się czujesz?
-Oczywiście, a dlaczego miałoby być inaczej?
-To musi przecież ważyć tonę! Nie dasz sobie rady.
Znowu to samo. "Nie dasz sobie rady." Akurat! Dam i to śpiewająco, poza tym to ja to wszystko pakowałam. Mimo moich zapewnień zaczął zbierać moje rzeczy. Zrobił jeden malutki błąd.
-Zostaw tą skrzynkę!
Mój skarb zaczął spadać na ziemię. Złapałam go w ostatniej chwili, przez co upadłam na Dawida.
-Prze..Przepraszam.
Nie odpowiedział. Jedyne co robił, to patrzył się na mnie swoimi zniewalającymi, niebieskimi oczami. Czułam jakby potrafił mnie w tej chwili przejrzeć na wylot, odkryć wszystkie moje uczucia, które od samego początku ukrywam.
-Na co sie tak poaczycie? Baciszku? Siostyczko?
Kocham ten głosik, ale teraz miałam ochotę go zniszczyć. Jak można przerwać w takiej chwili?! 
-Em...To ja pójdę zanieść te walizki.
-Ale nie wiesz gdzie. 
-Poradzę sobie....Dawid?
-Tak?
-Nigdy więcej nie ruszaj tego pudełka.
Najgorzej było wejść po schodach, z tymi wszystkimi walizkami w ręce i uczepionym małym blondaskiem. Nie żeby mi to coś przeszkadzało, ale na tą chwilę chciałam być sama. 
-Ooo, nowa twarzyczka.
-Tak Czy mógłbyś mi powiedzieć gdzie jest tu wolny pokój?
-Ostatni jest na poddaszu. Wejdź po schodach, ostatnie po prawej.
-Dziękuję.
Ruszyłam w wskazanym mi kierunku. Miałam niezły ubaw "ostatnie" drzwi po prawej były jednocześnie tymi pierwszymi. Odważnie otworzyłam drzwi. To co tam zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście, miałam nadzieję na pokój na poddaszu, ale nie na aż tak duży, a zarazem przytulny. 
-Widzę, że dałaś sobie radę.
-Tak Kairin.
-Martwiłam się, bo widziałam tego chłopaka leżącego na ziemi. Coś się stało?
-N..Nie...
On tam ciągle leży? Nie ukrywam to miłe, ale może się przeziębić. Co ja myślę?! Po pierwsze jest środek lata, a po drugie co mnie to obchodzi? 
-Hmm? A co to za chłopczyk?
-Nie poznajesz? To ten z którym wykąpałam się dziś w jeziorze.
-A pamiętam. Kochanie w tej walizce masz ubrania w które możesz się przebrać.
-Dziękuję ci Kairin. Za wszystko.
-Kochanie...Już wszystko załatwione, nie musisz się niczym przejmować.
 -Dobrze. 
Wybrałam jakieś luźne ubrania, ale wtedy zwróciłam uwagę na małą, blond główkę.
-Pokaż mi gdzie jest twój pokój. Musisz się przebrać.
Wziął mnie za moją rękę i poprowadził do drzwi naprzeciw moich.
-Tu miskam z blaciszkiem.
-Dobrze to pokaż gdzie masz swoje ubranka i cię w coś ubierzemy.
-Mhy.
Znalazłam dla niego bluzkę z przesłodkim misiem i dałam mu jakieś jeansy. Wtedy wszedł Dawid. 
-Co ty tu robisz?
-Siostyczka pomogła mi sie przebrac. 
-Dziękuję.
Uśmiechnął się...Uśmiechnął się....do mnie. za ten uśmiech mogłam zabić. No może przesadziłam, ale zrobiłabym dużo.
-Nie ma za co.
-Ależ jest. W ramach spłacenia długu pomogę ci sie wypakować, dobrze?
-Tak.
Roboty było bardzo dużo, nawet za dużo. Brat Dawida -Antoś- już dawno zasnął, a i ja ledwo dawałam radę.
-Dawid zróbmy sobie przerwę. 
-Jasne. Ja tez już padam z nóg.
Usiedliśmy na moim łóżku i zaczęliśmy rozmawiać. W pewnym momencie z jego ust padło pytanie:
-Co jest potrzebne ci do szczęścia?
Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Pierwszy raz zaczęłam się nad tym zastanawiać. Żadna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy. Na szczęście w tym momencie moje zmęczenie wzięło w górę i zasnęłam opierając się o Dawida.